Koniec zamulania nastąpił więc czas na wycieczkę zagraniczną. Wybór padł na miasto imperialne. Dawno nie byłem, aż zapomniałem, że tyle tam jest tych zabytków. Po wyjeździe przed piątą rano, po zarwanej nocce jest to niezły test kondycyjny. Dodatkowo miałem okazję odkurzyć moje zdolności niemieckojęzyczne testując cierpliwość ludności lokalnej.
W każdym razie większość zabytków została odhaczona, łącznie z Praterem, który dorobił się nowej karuzeli dzięki której o mało bym się porzygał.
Fajne wrażenie robi wiedeński uniwersytet. Na tyle fajne, że aż uwieczniłem go na paru zdjęciach które tu wrzuciłem. Na pierwszym widać uczących się wiedeńskich studentów :) Dziedziniec otoczony arkadami jak nic zerżnęli z SGHa ;)
Pomimo pierwszego wrażenia ponoć trzeba tam się trochę pouczyć. A przynajmniej tak twierdziła znajoma Polka, zakuwająca z laptopem w zaciszu jednej z arkad. Nie erasmus, tylko inny program wymiany, widać wymagania też nieco wyższe.
Obowiązkowo też znalazłem tablicę z panem Mengerem. Wszystko to napełniło mnie taką motywacją i naukowym duchem, że aż zacząłem robić coś z moją magisterką, której pisanie, że zacytuję idzie mi tutaj jak psu z dupy kasza :]
Powrót należał do najmniej przyjemnej części wycieczki, wszyscy byli już lekko wymęczeni i na dodatek burzowa chmura podążała za nami całą drogę aż do Ljubljany.
2 komentarze:
Kurwa Panie, trzeba było do Budapesztu przyjechać a nie tym volksdeutschom kabzę nabijać!
Wiedeń śmierdzi, jest drogi i za dużo tam Turków!
ja jestem prawdziwym aryjczykiem, nie bede sie bratal z jakimis madziarami!
Prześlij komentarz