sobota, 28 marca 2009

pojechać na Małysza



Zawsze zastanawiało mnie co może być ciekawego w oglądaniu skoków narciarskich. Skoki kojarzyły mi się zawsze z włączonym telewizorem jak nic innego nie nadawało się już do oglądania. I z zamarzniętymi kibicami tłoczących się pod skocznią. I z Małyszem - konkurenci się zmieniają a Małysz daje rade w dalszym ciągu. Ogólnie jednak kojarzyły mi się z czymś nudnym.
A tu okazuje się, że będąc na miejscu można być świadkiem wielu rzeczy ciekawych. Zaryzykuję tutaj, że skoki narciarskie to sport narodowy Słoweńców. Raczej nie sporty zespołowe - na meczu lokalnej drużyny koszykarskiej byłem, grali mecz z Bośniakami, pół stadionu było puste, Bośniacy byli głośniejsi. Natomiast skoki w Planicy to święto narodowe. Nawet znajomy Słoweniec, który zawsze pije piwo w barze obok mojej chaty pytał się czy jadę. Narzekał przy tym jednak, że od paru lat zakazali wchodzenia z własnymi zapasami.
I tu właśnie wyłania się prawdziwa twarz Planicy - masowe tankowanie :) Tu tkwi sekret piękna tego sportowego wydarzenia. Z moich skromnych szacunków wynika, że ponad połowa uczestników była nawalona. I to jeszcze przed rundą próbną. Nikomu mróz nie był straszny, wszyscy bawili się setnie. chodząc po terenie zawodów bezbłędnie można było wyczuć rejony, w których piło się browary, rejony wódkofilskie, tereny zwolenników Borowniczka, lokalnego popularnego likieru. Na to wszystko jeszcze zapach pieczonej kiełbasy. I te uśmiechnięte twarze :) Wszystko to sprawia, że można na zawodach poczuć się bardzo swojsko i wyluzować się.
Można podziwiać też inne dyscypliny sportowe jak na przykład wyścigi w jeżdżących kiblach (patrz zdjęcie).
Następną rzeczą, której nie widać dobrze w telewizyjnych transmisjach to cholerny hałas. Nie wiem jak oni z tym wszystkim przechodza przez bramki ale wnoszą do środka przerożne instrumenty służące do dopingowania skoczków. Jeden taki instrument rozstawił się zaraz koło mnie razem ze swoją pijaną załogą, także wiem co mówię.
Poza alkoholem jest jeszcze spiker intonujący różne lokalne przyśpiewki itd. dbający żeby kibice nie zamarzli. Tych co już nie dają rady kibicować zwożą specjalni ludzie jak na przykład jedną rekordzistkę, która leżała pijana już około godziny 7:30 rano :)
Pozasamymi skokami organizuje się też koncerty. Kto nie zdąży nafazować się na skokach ma tam swoją drugą szansę. Na koncercie grała lokalna kapela grająca głównie reaggeowe klimaty ale nie stroniąca też od słoweńskiej nuty. Publiczność szalała, żałuje tylko, że wyładowała mi się bateria od aparatu na tym mrozie bo wrzuciłbym tutaj zdjęcia niektórych tancerzy. Żałujcie ;)

piątek, 20 marca 2009

idzie wiosna :)


ale w górach wciąż zima trzyma :) nie jest źle ale mogło by być lepiej. Za mną pracowity tydzień, wierzcie lub nie :D kończy się pierwsza tura modułów co oznacza trochę pracy nad zaliczeniami. prezentacjami, kejsami i innymi pierdołami zaprzątają głowę zapracowanego erasmusa. Na szczęście jestem taki zdolny ;) i mogłem pozwolić sobie na krótki wypad nad jezioro Bohinj. Główna i jedyna atrakcja to natura, w odróżnieniu od Bled nie ma tu żadnych wysp z kościółkami ani zamczysk na wzgórzach. Nie oznacza to jednak, że Bohinj odstaje od Bled. Przeciwnie, widok osnieżonych szczytów w tafli jeziora cieszy serce biednego erasmusa a łyk wody ze strumyka smakuje niczym najprzedniejsze piwo! swoją drogą Zlatorog będący wizerunkiem najpopularniejszego słoweńskiego piwa pochodzi właśnie stąd, posiada tu nawet swój pomnik.
Tak więc jeszcze tylko jeden egzamin i nastanie wiosna! (a zimie zafunduje się betonowe buty i wykąpie w Bohinj)

wtorek, 10 marca 2009

My Own Private Idaho


Tym razem coś z kina ambitnego! rozwijam się tutaj niesamowicie, przyszła kolej na kino niezależne o swojskiej nazwie Kinoteka. Bilet za 1,5 euro, film po angielsku ze słoweńskimi napisami. Trzeba przyznać, że jest klimat :P
Wybór padł na My Own Private Idaho. Film reżyserii Gusa van Santaz 1991. Gość chyba najbardziej znany z Buntownika z Wyboru (Good Will hunting) całkiem niezłego moim zdaniem. Tym skuszony udałem się do Kinotekii muszę przyznać, że film ciekawy. Znaczy się tak powalony , że aż spodobał mi się :) Historia dotyczy dwóch chłopaków z ulicy, którzy wybrali dość oryginalny sposób na zarabianie pieniędzy. Ponoć w Portland nie aż tak ale nie wiem bo nie byłem. Jest jeszcze postać Boba Pingwina, nieformalnego przywódcy całego gangu (genialny moim zdaniem William Richert) która jest żywym przeciwieństwem żyjącego w innym świecie, dystyngowanego ojca Scotta, jednego z głownych bohaterów, który musi wybrać do którego świata mu bliżej. Wszystko przeplatane z Henrykiem IV Shakespeare'a co jeszcze dodaje surrealizmu, którego i tak nie brakuje. Jeśli kogoś nie odrzuca homoseksualizm to film jak najbardziej polecam. Reszcie zostaje LPR ;)

sobota, 7 marca 2009

Jazz club Gajo


Dzisiaj kolejna alternatywa na poniedziałek. Klub jazzowy Gajo. Okazało się, że to całkiem popularne miejsce wśród Erasmusów. Kto by pomyślał, 100 metrów od klubu Parlament, w którym co poniedziałek odbywa się rytualny ochlaj dla erasmusów (właściwie to powinienem pisać małą literą ;)), istnieje też takie coś. Nawet nie wiedziałem, że lubię jam sessions :]
Co tydzień w poniedziałek około 21 odbywa się koncert. Grupa muzyków, co tydzień inna!, czasami powtarzają się znajome twarze ulubieńców publiczności. Wszyscy improwizują, co jakiś czas zmieniają skład. Wjazd za darmo. Trochę dziwnych ludzi w beretach wśród publiczności ale dominują erasmusi. Sprzedaje się też moje ulubione piwko Budweiser! Czeski, nie jakieś szczyny amerykańskie, tfu.
Ostatnio najlepsza była ta skromna dziewczynka z saksofonem. Nie wiem skąd ją wzieli ale była niezwykła. Znowu innym razem konkurencję niszczył jeden dziadek, też na saksie, ale widać było, że to nie jego pierwsze jam session :)

wtorek, 3 marca 2009

Skofja loka


Dzisiaj w kąciku dla miłośników historii historyczne miasto Skofja Loka. Drugie co do starszeństwa miasto w Słowenii. Miłośnicy pamiętają, że pierwszy jest opisywany wcześniej Ptuj. Skofja Loka to taka miniaturowa wersja Ptuja. Położona około 25km od Ljubljany była swego czasu ważnym przystankiem na szlaku handlowym między Bawarią (tak!) a Adriatykiem. Różne niemiłe rzeczy jak pożary, trzęsienia ziemi, komuniści czy też Chińczycy ;) doprowadziły do marginalizacji mieściny na korzyść Ljubljany, będącej wtedy lekkim zadupiem. Dzięki tym wszystkim nieszczęśliwym zbiegom okoliczności możemy dzisiaj przejść się po klimatycznym małym historczynym miasteczku, pogubić się w wąskich uliczkach, wdrapać się na zameczek górujący nad miastem i zrobić jeszcze wiele szalonych rzeczy tylko nie w niedzielę.
Niedziela w Słowenii to dzień święty. Nic nie jest tu otwarte szczególnie długo. W Ljubljanie widziałem sex shop otwarty do 19. Jednakże w niedzielę zamykane jest wszystko. nie muszę wpominać, że większośc atrakcji Skofji Loki oglądaliśmy zza drzwi. Co ciekawe cały czas otwarte są tutaj... piekarnie! Nawet o bardzo późnym wieczorem. i stacje benzynowe. Ale jak zamarzy wam się kupić piwo po 21 to możecie się zdziwić bo nawet na stacji wam tego piwa po 21 nie sprzedadzą. Bo nie.
Jednak jako rasowi turyści sami sobie poszukaliśmy atrakcji. Gdzie się nie dało to nie weszliśmy, albo i się włamaliśmy jak do zabytkowego ratusza. ale przecież te drzwi same się otworzyły :P