Następnego dnia był czas na obejście samego Herceg Novi. Miasto również historyczne :P ma zamek zbudowany przez Bosniackiego króla Tvrtko pierwszego. Bośniacki król zlitował się i za wjazd skasował tylko po jednym euro. Macie tutaj zdjęcia z zamku i okolic:
Czarnogórski kot czai się na nieostrożnego turystę:
A tu czają się nacjonaliści:
Jak widać zawsze na służbie, nawet na wakacjach ;)
Dalej o 17 autobus do Bośni i Czarnogóry. Babcia odprowadziła nas na dworzec pewnie łapać nowych klientów. Warto odnotować, że po drodze chciała ponieść moja torbę :D ale się nie dałem. Potem jeszcze chciała nam piwo kupić na drogę. Czarnogórę polecam każdemu ;)
Nasza trasa ciekawa bo prowadząca znowu przez Kotor i Budvę, później pod granicę albańską aż do Podgoricy, stamtąd dopiero na północ do Mostaru. Trzeba przyznać autobus był pustawy. Można było się wyciągnąć. Na początek z resztą nawet nie rzucało bo w Budvie stanęliśmy na jakieś 45 minut. Nawet niekoniecznie na dworcu, ale przynajmniej był czas skoczyć do piekarni kupić bułki. Kierowca w tym czasie stał obok pojazdu paląc chyba z 5 fajek z tego zdenerwowania. W końcu ruszyliśmy i muszę przyznać, że droga przez góry Czarnogóry była bajkowa. Przesiadaliśmy się tylko z lewej na prawą stronę zależy gdzie były akurat widoki.
Według pana kierowcy, który również był niezłym kozakiem, do Mostaru mieliśmy dojechać koło drugiej. Około północy na dworcu w Podgoricy zaczęliśmy powoli tracić wiarę. przyznaję, że mojej wiary nie wzmocniły nawet dwie nastolatki, które wsiadły w tymże uroczym mieście na miejsce za mną i cała drogę śpiewały piosenki i tańczyły także nie mogłem nic kimnąć. Na zdjęciu uroczy dworzec w tym uroczym mieście :)
Kozacki autobus jedzie jednak dalej. Mijamy granice bośniacką, na której pan celnik z namaszczeniem ogląda każdą stronę w naszych paszportach, potem je konfiskuje, potem zwraca, z tym, że mój oddaje mojemu kumplowi :] Nie wiem też czy to przez piosenki, czy przez to, że jechał z górki ale dokulał sie na 2 do Mostaru. Szczęście nasze nie miało by granic gdyby wysadził nad na dworcu autobusowym a nie koło jakiejś stacji benzynowej. Nasz zamówiony hostel oferował usługę dowiezienia nas na miejsce. Trzeba było użyć trochę wyobraźni aby nasz nowy gospodarz przyjechał pod właściwą stację. A był to pan Dres. Pan Dres wyglądał zupełnie jak dres. Nie mieliśmy lepszych pomysłów stojąc o drugiej w nocy koło stacji więc wsiedliśmy do auta Pana Dresa. Auto widziało już swoje najlepsze czasy. Mówie to bez cienia złośliwości :P Ale jechało. Dowiedzieliśmy się po drodze, że autobusy tutaj mają już taki zwyczaj i nasz przypadek nie był wyjątkowy. Z resztą przez dworzec przejeżdżaliśmy. Pan Dres zauważył na nim jakiś kolesi i podjechał do nich. Potencjalni klienci jak stwierdził. Ja tam nie wiem co bym zrobił na ich miejscu widząc starego forda z czterema facetami w środku i dresa który oferuje mi nocleg ale goście nie wymiękali. Czy skorzystali nie wiem, w każdym razie niedługo dojechaliśmy na miejce do hostelu Pana Dresa. Żywi ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz