sobota, 18 lipca 2009

Odcinek 3: U Pana Dresa

Żeby nikt sobie nie myślał po powrocie nie poszliśmy od razu spać! zwiedziliśmy jeszcze nabrzeża Herceg Novi, byliśmy nawet na prawdziwej dyskotece! posłuchaliśmy lokalnych przebojów lata, wypiliśmy nad brzegiem morza. Były nawet ambitne plany wykąpania się ale uleciały dosyć szybko :) Acha, i Babcia nie przyprowadziła swojej córki tak jak obiecała. A ja miałem Czarnogórców za dotrzymujących słowo. Córka nawet fajna :P Wszyscy zawiedzeni poszlismy spać.
Następnego dnia był czas na obejście samego Herceg Novi. Miasto również historyczne :P ma zamek zbudowany przez Bosniackiego króla Tvrtko pierwszego. Bośniacki król zlitował się i za wjazd skasował tylko po jednym euro. Macie tutaj zdjęcia z zamku i okolic:


Czarnogórski kot czai się na nieostrożnego turystę:


A tu czają się nacjonaliści:


Jak widać zawsze na służbie, nawet na wakacjach ;)
Dalej o 17 autobus do Bośni i Czarnogóry. Babcia odprowadziła nas na dworzec pewnie łapać nowych klientów. Warto odnotować, że po drodze chciała ponieść moja torbę :D ale się nie dałem. Potem jeszcze chciała nam piwo kupić na drogę. Czarnogórę polecam każdemu ;)
Nasza trasa ciekawa bo prowadząca znowu przez Kotor i Budvę, później pod granicę albańską aż do Podgoricy, stamtąd dopiero na północ do Mostaru. Trzeba przyznać autobus był pustawy. Można było się wyciągnąć. Na początek z resztą nawet nie rzucało bo w Budvie stanęliśmy na jakieś 45 minut. Nawet niekoniecznie na dworcu, ale przynajmniej był czas skoczyć do piekarni kupić bułki. Kierowca w tym czasie stał obok pojazdu paląc chyba z 5 fajek z tego zdenerwowania. W końcu ruszyliśmy i muszę przyznać, że droga przez góry Czarnogóry była bajkowa. Przesiadaliśmy się tylko z lewej na prawą stronę zależy gdzie były akurat widoki.


Według pana kierowcy, który również był niezłym kozakiem, do Mostaru mieliśmy dojechać koło drugiej. Około północy na dworcu w Podgoricy zaczęliśmy powoli tracić wiarę. przyznaję, że mojej wiary nie wzmocniły nawet dwie nastolatki, które wsiadły w tymże uroczym mieście na miejsce za mną i cała drogę śpiewały piosenki i tańczyły także nie mogłem nic kimnąć. Na zdjęciu uroczy dworzec w tym uroczym mieście :)


Kozacki autobus jedzie jednak dalej. Mijamy granice bośniacką, na której pan celnik z namaszczeniem ogląda każdą stronę w naszych paszportach, potem je konfiskuje, potem zwraca, z tym, że mój oddaje mojemu kumplowi :] Nie wiem też czy to przez piosenki, czy przez to, że jechał z górki ale dokulał sie na 2 do Mostaru. Szczęście nasze nie miało by granic gdyby wysadził nad na dworcu autobusowym a nie koło jakiejś stacji benzynowej. Nasz zamówiony hostel oferował usługę dowiezienia nas na miejsce. Trzeba było użyć trochę wyobraźni aby nasz nowy gospodarz przyjechał pod właściwą stację. A był to pan Dres. Pan Dres wyglądał zupełnie jak dres. Nie mieliśmy lepszych pomysłów stojąc o drugiej w nocy koło stacji więc wsiedliśmy do auta Pana Dresa. Auto widziało już swoje najlepsze czasy. Mówie to bez cienia złośliwości :P Ale jechało. Dowiedzieliśmy się po drodze, że autobusy tutaj mają już taki zwyczaj i nasz przypadek nie był wyjątkowy. Z resztą przez dworzec przejeżdżaliśmy. Pan Dres zauważył na nim jakiś kolesi i podjechał do nich. Potencjalni klienci jak stwierdził. Ja tam nie wiem co bym zrobił na ich miejscu widząc starego forda z czterema facetami w środku i dresa który oferuje mi nocleg ale goście nie wymiękali. Czy skorzystali nie wiem, w każdym razie niedługo dojechaliśmy na miejce do hostelu Pana Dresa. Żywi ;)

Brak komentarzy: